Czy kobieta może czuć się bezpiecznie w Maroku? Moje doświadczenia z 10-dniowej podróży solo
Temat bezpieczeństwa kobiet w Maroku wraca jak bumerang. W internecie krąży mnóstwo historii o nagabywaniu, flirtowaniu i podrywaniu kobiet z Europy przez Marokańczyków. Niedawno dostałam wiadomość od dziewczyny z jednej z grup na Facebooku z pytaniem, czy czułam się bezpiecznie w Maroku, bo ona słyszała już „różne rzeczy”. Postaram się więc opisać „różne rzeczy” z mojej perspektywy.
Zanim wyjechałam, dostałam wiele konkretnych wskazówek od koleżanki, która mieszkała w Maroku. Uczuliła mnie na kwestie kulturowe, sposób reagowania na zaczepki, stawianie granic i zachowania, których lepiej unikać. Te rady okazały się bezcenne i miały ogromny wpływ na to, jak spokojnie i komfortowo przebiegła moja podróż.
Do Maroka wybrałam się na 10 dni sama. Przez cały ten czas miałam kontakt z mężczyznami praktycznie non stop — byli to sprzedawcy, taksówkarze, gospodarze w hostelach i riadach oraz kierowcy autobusów. Dlatego zamiast powielać opinie z drugiej ręki, opisuję konkretne sytuacje z mojego pobytu — bez demonizowania, ale też bez lukrowania rzeczywistości.
Czy czułam się bezpiecznie w Maroku jako kobieta?
Na ogół — tak!
Nie prowokowałam dwuznacznych sytuacji: nie nawiązywałam kontaktu wzrokowego na ulicy, nie reagowałam na zaczepki i nie wdawałam się w rozmowy „z nudów”. Funkcjonowałam normalnie — chodziłam sama, poruszałam się pieszo i taksówkami, korzystałam z transportu publicznego i nie żyłam w ciągłym napięciu.
Maroko było krajem, w którym dało się czuć bezpiecznie, ale jak wszędzie — zdarzały się sytuacje po prostu niekomfortowe.
Przekraczanie granic (nomen omen) – kontrola paszportowa na lotnisku
Pierwsza taka sytuacja wydarzyła się już na lotnisku. Podczas kontroli paszportowej funkcjonariusz zamiast zachować pełen profesjonalizm, zaczął kierować do mnie osobiste uwagi:
– czy mam męża?
– że on mógłby nim zostać,
– że zaprosi mnie do swojego domu,
– że jest instruktorem surfingu i chętnie mnie nauczy.
Problem polegał na jednym — trzymał w rękach mój paszport.
Zrobiłam więc to, co w takich sytuacjach robi bardzo wiele kobiet: uśmiech, przytakiwanie, obracanie wszystkiego w żart. Nie dlatego, że chciałam flirtować, tylko dlatego, że chciałam odzyskać dokument i iść dalej.
To była pojedyncza, nieprzyjemna sytuacja — nie codzienność.

Późnym wieczorem w Agadirze
Jeszcze tego samego wieczoru po przylocie wyszłam na ulicę przy moim hostelu, żeby kupić kartę SIM. Było już po 22:00. Znajdowałam się w zupełnie zwyczajnej, lokalnej dzielnicy mieszkalnej — gdzieś w Agadirze, nawet nie potrafiłabym dziś dokładnie powiedzieć gdzie. Część straganów była jeszcze otwarta, inni sprzedawcy właśnie się pakowali.
Spacerowałam spokojnie, bez pośpiechu. Nikt mnie nie zaczepiał, nikt o nic nie pytał. Czułam się bezpiecznie i zupełnie zwyczajnie — jakby to był kolejny wieczorny spacer w nieznanej, ale neutralnej przestrzeni.
Nazajutrz wybrałam się pieszo do Mediny. Droga zajęła mi prawie pół godziny i prowadziła przez typowo lokalną dzielnicę — taką, w której trudno spotkać Europejczyka. Również tam czułam się całkowicie bezpiecznie. Przechodziłam czasem przez zakamarki, które wizualnie nie wyglądały szczególnie przyjaźnie, a mimo to nie czułam lęku ani strachu.
Mam poczucie, że bardzo wiele zaczyna się w naszej głowie. Jeśli programujemy się na zagrożenie, na to, że „zaraz coś się stanie”, napięcie rośnie samo. Ja wierzę w zasadę: co w głowie, to w realu — i to podejście bardzo mi się w Maroku sprawdziło.
Wieczorem, o podobnej porze co poprzednio, znów wyszłam na zakupy w „mojej dzielnicy”. Przeszłam się tą samą ulicą, zrobiłam nawet małą rundkę po okolicy. Było ciemno, znów około 22:00, ale bardzo ruchliwie, a zainteresowanie moją osobą… żadne. Kompletnie nikt nie zwracał na mnie uwagi. Jeśli więc miałabym wskazać jedyne realne „zagrożenie”, z jakim się tam zetknęłam, to byłoby nim coś zupełnie prozaicznego — możliwość przepłacenia w sklepie. W lokalnych sklepach bardzo często nie ma cen na półkach, a gdy sprzedawca widzi, że ma do czynienia z obcokrajowcem, potrafi podać cenę całkowicie „z głowy”. I to był właściwie jedyny moment, w którym należało zachować czujność :).
Oczywiście nie byłam przez cały wyjazd całkowicie sama. Wychodzę z założenia, że podróż jest jednym z najlepszych sposobów na poznawanie ludzi. Od lat korzystam też z grup na Facebooku i tym razem było podobnie. Przez grupy takie jak Kobiety podróżują solo czy Women Travel Morocco poznałam dziewczyny, które w tym samym czasie były w Maroku. Dzięki temu Wigilię w Marrakeszu spędziłam z hiszpańskojęzycznymi dziewczynami — jedną z Gran Canarii, drugą z Madrytu — na kolacji w marokańskiej knajpie, przy tadżinie.

Właśnie w Marrakeszu okazało się też, że naszą największą „pułapką” nie były ulice ani ludzie, tylko zakupy robione pod wpływem chwili. Sprzedawca bardzo skutecznie namówił nas na wełniane czapki. Było chłodno, więc pomysł wydawał się świetny, a mnie zachwyciły kolory. Kupiłam jedną — ciepłą, porządną. Problem w tym, że na Teneryfie raczej jej nie założę. Finalnie wyszła czapka „jednorazowa”, dobra na jeden chłodniejszy wyjazd. Ale to raczej anegdota niż realny problem.
Medina w Marrakeszu nocą – czy łatwo się zgubić?
Będąc w Marrakeszu, zawsze miałam przy sobie telefon z Google Maps. I nie bez powodu. Medina to istny labirynt — miejsce, w którym naprawdę bardzo łatwo się zgubić. Wąskie uliczki, skręty co kilka metrów, wszystko wygląda podobnie i bardzo łatwo jest stracić orientację. Dodatkowym utrudnieniem są wszechobecne motorki, jadące w obydwie strony w zasadzie bez przerwy. Zatem koncentracja uwagi musi tu być podwójna – żeby się nie zgubić i nie zostać potrąconym przez motocykl.
W Wigilię byłam umówiona na spotkanie z moimi hiszpańskojęzycznymi koleżankami w marokańskiej restauracji na terenie Mediny. Na stare miasto dojechałam taksówką z InDrive, a potem czekał mnie jeszcze kilkuminutowy spacer labiryntem uliczek. Oczywiście dotarłam do miejsca, które nie było tym właściwym :). Powtarzam jeszcze raz – bez Google maps byłoby to raczej niemożliwe. Ostatecznie knajpę znalazłam, ale przybyłam dużo spóźniona.
Problem pojawił się wieczorem, kiedy przyszła pora wracać do hotelu. Nie miałam ochoty brać taksówki — do głównej drogi musiałabym iść około 15 minut, potem kolejne 15 jechać, a spacer pieszo przez Medinę zajmował około 28 minut. Na jedno by wyszło. Pomyślałam: wrócę na piechotę.
I wtedy zaczął padać deszcz.
Telefon trochę zmókł, ekran zaczął wariować, a Google Maps kompletnie oszalały. W pewnym momencie po prostu stanęłam — bo nie wiedziałam już, w którą stronę iść. Te uliczki są tak podobne, że nagle wszystkie wyglądały identycznie. Kiedy stałam w tym deszczu jedną reką trzymając parasolkę, a drugą próbując znaleźć wyjście z mediny na telefonie, obok mnie pojawił sie facet. — Madame, where do you want to go? Gdzie chcesz iść? — zapytał.
Zaczął tłumaczyć drogę, pokazywać, mówił, żebym szła za nim. Doskonale wiedziałam, że absolutnie nie wolno za nikim iść. Nieważne, czy ktoś chce ci pokazać super sklep, tanie lampy, okazyjne dywany czy „najlepszą drogę”. Podziękowałam, powiedziałam, że sobie poradzę i poprosiłam, żeby zostawił mnie w spokoju. Poszłam swoją drogą.

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Szłam dalej sama, w deszczu, wąskimi i momentami ciemnymi uliczkami Mediny. Była jednak wczesna godzina — około 21:00, nawet przed 21:00 — miasto wciąż żyło. Sprzedawcy sprzątali stragany, ktoś inny zamykał sklep, ktoś inny rozmawiał w drzwiach. Bez żadnych problemów dotarłam pieszo do mojego hotelu.
Obyło się bez przykrych zdarzeń, poza tym jednym momentem, kiedy ktoś bardzo chciał mi „pomóc”, a ja po prostu nie wyraziłam na to zgody.
Zakupy w Essaouira i pytanie o Tindera 🙂
Dla równowagi — zupełnie inna scena, tym razem z Essaouira.
Robiłam zakupy w Medinie, kupowałam trzy produkty i — jak to w Maroku — próbowałam się targować. Podałam swoją cenę za całość. Sprzedawca spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zapytał:
„A masz Tindera?”
Niby żart — i tym razem trafiony :). Był lekki, nienachalny i idealnie dopasowany do sytuacji. Zaśmiałam się i powiedziałam, że doceniam taki sposób robienia biznesu: z humorem i wyczuciem granic. A to robi ogromną różnicę. Dobiliśmy targu i dzięki temu w mojej łazience jest teraz kilka marokańskich akcentów .
„Madame” – codzienny język w Maroku
Maroko jest krajem francuskojęzycznym, dlatego mężczyźni bardzo często zwracają się do kobiet słowem „Madame”. Pada ono niemal zawsze — niezależnie od tego, czy ktoś chce sprzedać taksówkę, hotel, wycieczkę czy olejek arganowy.
Dzięki temu można poczuć się jak very important person 😄.
Uprzejmość jest tutaj standardem, nawet jeśli intencją rozmowy jest sprzedaż.
Lokalny autobus – esencja Maroka
Po raz pierwszy pojechałam lokalnym autobusem z Essaouira do Sidi Kaouki. Sama podróż była przygodą w czystej postaci. Myślę, że Ikarusy w Polsce za komuny wyglądałyby przy tych autobusach „jakby” luksusowo ;). Ale właśnie na tym polega odkrywanie esencji kraju.
Po drodze autobus zatrzymał się na lotnisku w Essaouira i wsiadł piękny Azjata — czarne gęste włosy, marynarka, przyjemny zapach. Kompletnie nie pasował do klimatu tego autobusu, co dodało całej sytuacji surrealistycznego uroku.
W autobusie był osobny pan sprzedający bilety (nie kierowca). Przez całą drogę zwracał się do mnie „Madame”, pomógł mi z walizką, a przy wysiadaniu wyniósł ją na zewnątrz. Bez podtekstów, bez nachalności — po prostu szarmancko.
Kiedy wsiadła lokalna kobieta, poprosił Azjatę, aby przesiadł się trochę dalej i ustąpił jej miejsca bliżej drzwi.
Bezpieczeństwo kobiet podróżujących solo w Maroku
Oczywiście w przypadku podróży solo często pojawia się pytanie, zwłaszcza wśród kobiet, czy jest to bezpieczne. Wielokrotnie słyszałam komentarze typu: „Agata, ależ Ty jesteś odważna, podziwiam Cię”. Naprawdę nie ma w tym nic nadzwyczajnego.
Podróżujemy po kraju, w którym funkcjonuje normalne życie codzienne. Kobieta może czuć się bezpiecznie, o ile unika ryzykownych sytuacji i zachowuje zdrowy rozsądek. Akurat mój wyjazd do Maroka zbiegł sie z AFCON -Mistrzostwami w piłce nożnej Krajów Afryki i wszędzie było pełno policji oraz żandarmerii, dla ochrony. Pełen komfort.
Podczas korzystania z transportu publicznego i taksówek w Maroku czułam się pewnie i bezpiecznie. Nikt mnie nie zaczepiał, nie nagabywał i o nic nie pytał. Nie tworzę w głowie scenariuszy, co mogłoby się zdarzyć, i w praktyce nic złego nigdy mnie nie spotkało. Zachowując podstawową ostrożność, podróżowanie solo w Maroku jest komfortowe i w pełni możliwe.
Kobiece kształty, a zainteresowanie w Maroku
Jest jeszcze jedna rzecz, o której mówi się rzadko, a o której warto wiedzieć.
Dziewczyny — która z Was narzekała na nadwagę albo dużą pupę? Czas to przemyśleć. Kobiety o bujnych kształtach mają w Maroku bardzo duże powodzenie. Dla wielu Marokańczyków to właśnie pełniejsze sylwetki są kwintesencją kobiecości. Myślę, że dla niejednej kobiety mogłoby to być bardzo wzmacniające doświadczenie ;). Być może nie mam wystarczająco bujnych kształtów i stąd ten brak zaczepek :).
Granice, asertywność i rozmowa z Abdulem
Podczas jednego ze spacerów w Sidi Kaouki zaczepił mnie Abdul — właściciel dwóch wielbłądów, na których organizował przejażdżki. Zdarzało mi się wchodzić w takie krótkie pogawędki, o ile czułam, że sytuacja jest bezpieczna, nienachalna i że mam nad nią pełną kontrolę.
Abdul mówił bardzo poprawnym angielskim. Zaczęliśmy rozmawiać o jego wielbłądach — ile miały lat i jak miały na imię. Były naprawdę śliczne: jeden duży i dostojny, drugi mniejszy, bardzo uroczy.
W pewnym momencie Abdul ( chyba w rewanżu :)) zapytał mnie, ile ja mam lat! Spokojnie i dyplomatycznie odpowiedziałam, że to dość prywatna informacja i że w mojej kulturze pytanie o wiek kobiety nie jest uznawane za zbyt uprzejme, zwłaszcza po wymianie kilku zdań na początku znajomości 😉.
Abdul natychmiast mnie przeprosił i bez żadnych dyskusji zmienił temat. I to było naprawdę w porządku. Na koniec pożegnaliśmy się serdecznie, wymieniliśmy Instagramy, a ja zrobiłam o nim nawet krótki wpis.
Jeśli będziecie kiedyś w Sidi Kaouki — warto poszukać Abdula. To bardzo fajny, kulturalny facet i dobry przykład tego, że stawianie granic w Maroku naprawdę działa.
Faceci są wszędzie -czy to dobrze?
Chcę zaznaczyć, że większości miejsc usługowych w Maroku obsługiwali mnie mężczyźni. Niezależnie od tego, czy byłam w restauracji, barze, taksówce czy hostelu — najczęściej miałam do czynienia właśnie z mężczyzną. Wyjątkiem były tylko dwa przejazdy z inDrive, kiedy kierowcami okazały się kobiety.
I naprawdę czułam się komfortowo. Panowie byli uprzejmi, uważni i pełni atencji — czasem miałam wrażenie, że jestem traktowana jak super ważna osoba. Serwis bywał na naprawdę wysokim poziomie, a do tego często spotykałam uśmiechniętych i radosnych ludzi.
Dobrym przykładem był ostatni wieczór w Agadirze, tuż przed porannym wylotem na Teneryfę. Zeszłam do baru w motelu na zupę. Obsługiwał mnie młody, uśmiechnięty chłopak, który praktycznie nic nie mówił po angielsku :). I mimo to jakoś się dogadaliśmy — był naprawde kochany i bardzo się starał. To właśnie takie momenty sprawiały, że całe moje doświadczenie w Maroku było pozytywne i komfortowe.

Podsumowanie
Maroko to kraj kontrastów, niuansów i pojedynczych sytuacji, które warto umieć oddzielić od codzienności. Z pewnością osoby mieszkające tu dłużej mogłyby podać znacznie więcej przykładów — zarówno momentów niekomfortowych, jak i bardzo sympatycznych. Ja przedstawiam swoje subiektywne obserwacje poczynione w ciągu 10 dni. Być może to krótko, ale wystarczająco, by zarysować pewien obraz i obalić kilka popularnych mitów.
Planujesz wyjazd do Maroka na własną rękę? Zerknij do poprzedniego wpisu o tym, jak funkcjonuje transport publiczny w tym kraju i jak najłatwiej zorganizować przejazdy na miejscu.
Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz mnie wesprzeć w prowadzeniu bloga, będę szczęśliwa, jeśli zaprosisz mnie na wirtualną kawę:
2 Komentarze