Sidi Kaouki w Maroku – plaża i nocleg nad Atlantykiem. 10-dniowy solo trip (cz. 3)
To trzecia część mojej relacji z 10-dniowego solo tripu po Maroku. Po klimatycznej Essaouirze przyszedł czas na coś zupełnie innego – na przestrzeń, wiatr znad oceanu i małą surferską wioskę Sidi Kaouki, w której postanowiłam spędzic cztery ostatnie dni roku i przywitać 2026.
Sidi Kaouki w Maroku to miejsce niepozorne, spokojne, bez hoteli i bez tłumów. Tylko surferzy, konie i wielbłądy. Cisza, spokój i zero fajerwerków w sylwestrową noc. Dla mnie – rewelacja!
Gdzie nocować i co zobaczyć w Maroku – 10 dni w podróży na własną rękę (cz.1)
Jak dojechać do Sidi Kaouki z Essaouiry? Lokalny autobus w Maroku
Do Sidi Kaouki pojechałam lokalnym autobusikiem z Essaouiry. Bilet kosztuje 8 MAD, czyli 80 eurocentów, podróż trwa około 40 minut i już sama w sobie jest doświadczeniem.
Autobus swoje najlepsze lata ma dawno za sobą – myślę, że Ikarusy z czasów PRL-u wyglądałyby przy nim „jakby luksusowo”😉, ale właśnie na tym polega odkrywanie kraju od środka. To moment, w którym przestajesz być turystą z planem atrakcji, a zaczynasz obserwować codzienność.
Za pierwszym razem było wręcz elegancko. Osobny pan sprzedawał bilety, zwracał się do mnie „Madame”, pomógł z walizką i przy wysiadaniu wyniósł ją na zewnątrz. Pełna kultura .

Kilka dni później wracałam ostatnim wieczornym kursem z Essaouiry i wtedy zobaczyłam drugą stronę tej samej trasy. Autobus był pełny już pół godziny przed odjazdem. Ludzie ściśnięci jak sardynki, żadnej przestrzeni. Tym razem bilet trzeba było kupić u kierowcy, który pojawił się, gdy pojazd był już wypchany do granic możliwości.
Pieniądze przekazywane z rąk do rąk, przez kilku pasażerów, a w tym samym ścisku przeciskał się jeszcze kontroler sprawdzający bilety. Chaos, absurd i jednocześnie zaangażowanie ze strony lokalnych kobiet, które bez wahania zaczęły mi pomagać w zakupie tego biletu. Czysta esencja Maroka.
10-dniowy solo trip do Maroka. Czy kobieta może się czuć bezpiecznie?
Gdzie spać w Sidi Kaouki? Nocleg nad Atlantykiem
Zatrzymałam się w małym, rodzinnym hoteliku Dar Afoulky, położonym dosłownie kilka kroków od oceanu. To nie jest miejsce z katalogu „all inclusive”. To miejsce z duszą.

Hotel prowadzi Mohamed – młody, serdeczny gospodarz, który każdego ranka serwował tradycyjne marokańskie śniadania. Świeże chlebki, oliwa, amlou, konfitury, jajka i obowiązkowa miętowa herbata. Wszystko proste, ale podane bez pośpiechu i z sercem. Wieczorami można było też zamówić tradycyjną świeżą rybę z grilla oraz tajine, ponieważ ojciec Mohameda jest rybakiem. Polecam!!!
Warto wdać się w pogawędkę z Mohamadem i wyciągnąć od niego trochę informacji o atrakcjach, które prywatnie organizuje dla swoich gości.
Noce pod koniec grudnia były zaskakująco chłodne. Nad Atlantykiem wiatr potrafi być przenikliwy, więc wieczorami kurtka była absolutnie obowiązkowa. I właśnie dlatego czuję, że wrócę tam wiosną, kiedy temperatury będą łagodniejsze.

Plaża w Sidi Kaouki – konie, wielbłądy i przestrzeń bez końca
Plaża w Sidi Kaouki to coś, co zapamiętuje się na długo. Szeroka, długa, piaszczysta, z ogromną ilością przestrzeni. Nawet pod koniec roku nie było tu tłumów. Był za to wiatr, fale i poczucie wolności.
Oprócz surferów są tu zwierzęta – psy, osiołki, konie i wielbłądy. Wieczorami wielbłądy po skończonej pracy kroczą spokojnie na spoczynek, a konie galopują wzdłuż brzegu, ciesząc się pustką i przestrzenią.

Podczas jednego z popołudniowych spacerów zaczepił mnie Abdul – właściciel dwóch wielbłądów, na których organizował przejażdżki dla turystów. Wchodzę w takie rozmowy tylko wtedy, gdy czuję, że sytuacja jest bezpieczna i że mam nad nią pełną kontrolę. Tutaj dokładnie tak było.
Rozmawialiśmy o jego zwierzętach – ile mają lat, jak mają na imię, jak długo z nim pracują. Jeden był większy, dostojny i bardzo spokojny. Drugi mniejszy, młodszy, z łagodnym spojrzeniem.

W pewnym momencie – chyba w ramach rewanżu – Abdul zapytał mnie, ile ja mam lat :). Odpowiedziałam spokojnie i ze śmiechem, że to prywatna informacja i że w mojej kulturze pytanie kobiety o wiek na początku znajomości nie jest uznawane za szczególnie uprzejme. Przeprosił natychmiast i bez żadnej dyskusji zmienił temat. I to było naprawdę w porządku. To kolejny dowód na to, że w Maroku spokojne i jasne stawianie granic działa.

Więcej o zaczepianiu kobiet i bezpieczeństwie w Maroku przeczytasz TUTAJ.
Kilka dni później, podczas innego spaceru, spotkałam sympatycznego pana sprzedającego herbatę na plaży. Niósł ciężkie czajniki z gorącą wodą i torbę z naręczem mięty, idąc po piachu, z uśmiechem na twarzy i życzliwością w oczach. Herbata jest wszędzie. Biznes też. Ale czasami mały kubek gorącej herbaty potrafi pokazać coś więcej niż sam smak.
€2 za kubek pysznej, pożywnej, marokańskiej gorącej herbaty wydaje się drobnostką – a tak naprawdę to cena czyjegoś wysiłku, pracy i pozytywnej energii. I ten uśmiech, który uwieczniłam na wspólnej fotce, zostaje w pamięci na dłużej niż sam napój.
Czasami małe przyjemności przypominają nam, że warto zauważać ludzi i ich codzienny trud.
I prośba do Was – jeśli kiedyś spotkacie takiego sprzedawcę – nie targujcie się, proszę, o 50 centów. To nie jest tradycyjny targ, a czasem takie zajęcie to jedyne źródło dochodu dla tych ludzi, którzy imają się różnych zajęć, aby przetrwać. W Maroku pracy nie ma, każdy musi sobie radzić sam. I kupcie tę herbatę, nawet jeśli nie planowaliście takiego zakupu :).

Sidi M’barek – zielona dolina i wodospady 6 km od wioski
Zaledwie kilka kilometrów od Sidi Kaouki znajduje się niezwykłe miejsce – Sidi M’barek. W ostatni dzień roku spontanicznie z parą Niemców z mojego hoteliku wzięliśmy taksówkę za €30 i ruszyliśmy w stronę zielonych dolin i wodospadów.
Po ostatnich ulewach krajobraz był soczyście zielony, rzeka pełna wody, a wodospady w pełnej okazałości. Spacer wśród wydm, cisza i świadomość, że to przedostatni dzień moich marokańskich wakacji – taki finał roku to ja rozumiem.


Sylwester w Sidi Kaouki – spokojny koniec roku nad Atlantykiem
Po powrocie z wodospadów wybrałam się na obiad do jednej z prostych, lokalnych knajpek. Bez udziwnień, bez karty win i bez sylwestrowych fajerwerków.
Zamówiłam świeżą rybę z grilla, frytki, sałatkę, na przystawkę otrzymałam oliwki, bakłażany i tutejszy chlebek. Uśmiechnięty pan Marokańczyk, który mnie obsługiwał, znał polskie „dziękuję”.
Za to wszystko zapłaciłam 55 dirhamów, czyli około 5,5 €.

W wiosce odbyła się tylko jedna głośniejsza impreza w lokalnym klubie, gdzie policja dyskretnie pilnowała porządku i godziwego zachowania gości. Chodziło chyba głównie o alkohol – w Maroku jego spożycie w miejscach publicznych jest zabronione, choć w niektórych lokalach można go dostać dyskretnie.
Nie obchodziłam Sylwestra w tradycyjnym sensie i zamiast odliczania do północy wybrałam chill przy lampce czerwonego wina w spokojnym barze z otwartym paleniskiem. Przynajmniej było ciepło!
Z poczuciem ogromnej wdzięczności za rok, który właśnie się kończył, chyba pierwszy raz w moim dorosłym życiu 10 minut po północy byłam już w łóżku gotowa do snu :).


Powrót do Agadiru – pożegnanie z tą częścią Maroka
Nazajutrz, w Nowy Rok, czekała mnie podróż powrotna do Agadiru. Na dworzec w Essaouirze dojechałam lokalnym autobusikiem , tym samym którym się dostałam do wioski kilka dni wcześniej. Tym razem było w tej podróży więcej nostalgii niż ekscytacji. Na miejscu czekała na mnie Iza – przyszła specjalnie, żeby wypić razem pożegnalną kawę w przydworcowej kafejce. Zrobiłyśmy sobie pożegnalną fotkę.

Do Agadiru wróciłam autobusem sieci CTM. Podróż trwała około trzech godzin i była zdecydowanie bardziej komfortowa niż lokalne przejazdy.
Transport w Maroku na własną rękę– autobusy, taksówki, aplikacje i ceny
Z dworca w Agadirze do hotelu tradycyjnie zamówiłam taxi przez aplikację InDrive. Tym razem trafiłam na mniej sympatycznego kierowcę, który przez około trzydzieści minut jazdy słuchał koszmarnie głośnej muzyki. Kontrast po kilku dniach nad oceanem był dość wyraźny.
Ostatni nocleg zarezerwowałam niedaleko lotniska w Regis Motel, żeby następnego dnia bez stresu dotrzeć na poranny lot. Nocleg w prostym pokoju z łazienką i śniadaniem kosztował mnie €30.
Maroko pożegnało mnie harirą, daktylami i miętową herbatą. A ja wyjeżdżałam z poczuciem, że to nie jest zamknięta historia.

Do Essaouira i Sidi Kaouki jeszcze wrócę.
Jeśli spodobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło, jeśli zaprosisz mnie na wirtualną kawę ☕
Jak widzisz, nie ma tu reklam ani sponsora — cały blog finansuję sama.
Przygotowanie takiego wpisu ze zdjęciami to wiele godzin pracy, czasem 1–2 dni.
Opisanie wszystkiego pod kątem SEO bywa żmudne i czasochłonne, ale robię to, żeby treści były dla Ciebie wartościowe i łatwe do znalezienia.