Walencja latem – co zobaczyć w 2 dni. Czy polecam?
Skąd w ogóle pomysł na Walencję w środku lata, kiedy temperatury na hiszpańskim wybrzeżu Morza Śródziemnego szybują niemal do 40 stopni? Ano, był ku temu konkretny powód.
3 miesiące wcześniej wiedziałam, że w trzecim tygodniu lipca będę prowadziła na południu Teneryfy kurs Erasmusa. Po zakończeniu kursu chciałam zrobić sobie urlop i gdzieś wyjechać, zaczęłam więc szukać tanich lotów z lotniska Tenerife Sur, na które miałam po kursie bardzo blisko. Nie chciałam wydawać na ten wyjazd dużych pieniędzy, dlatego przede wszystkim kierowałam się ceną biletów. W ten sposób trafiłam na bardzo tani lot z Teneryfy Południe do Walencji.
Termin idealnie mi pasował. Lot był 24 lipca, dokładnie w dniu, w którym kończyłam kurs. Pożegnałam moje kursantki i po zajęciach pojechałam prosto na lotnisko, żeby wieczorem, dokładnie o 20:45, wylądować w Walencji.
Początkowo plan był taki, żeby zostać w tej części Hiszpanii aż do 12 sierpnia, ponieważ chciałam zobaczyć całkowite zaćmienie Słońca. Jednak już wcześniej, robiąc rozeznanie w cenach noclegów w tym okresie, zdałam sobie sprawę, że chyba trochę mnie te ceny przerosną. Trzy tygodnie w Walencji , w środku sezonu i przy takich temperaturach, mogłyby być po prostu trudne.
Dlatego mój plan podróży pozostawał otwarty. Nie miałam biletu powrotnego, nie wiedziałam, gdzie ostatecznie wyląduję, gdzie skończę urlop ani przede wszystkim, z którego lotniska będę wracać.
Początkowo myślałam, że pokręcę się trochę po wybrzeżu Morza Śródziemnego; ostatecznie jednak moja podróż potoczyła się zupełnie inaczej…
Walencja przywitała mnie… ukropem
Do Walencji dotarłam w piątek wieczorem, 24 lipca. Z lotniska metrem za ok 5,30 euro dostałam się do centrum, gdzie miałam zarezerwowany hostel Bergamot w samym sercu starego miasta. Po wyjściu z metra momentalnie dało się odczuć upał i ciężki klimat.
Po zrzuceniu walizki i szybkim, zimnym prysznicu dla ochłody wyszłam w miasto – bez żadnego planu i bez mapy. Tak najbardziej lubię zwiedzać nowe miejsca. Chciałam zobaczyć Walencję po zmroku i poczuć jej atmosferę.
Kręciłam się po starym mieście, zaglądałam w wąskie uliczki, przechodziłam przez kolejne place, mijałam katedrę i podziwiałam podświetlone kościoły oraz kamienice. Rzeczywiście, wieczorem Walencja wygląda przepięknie i jest niezwykle fotogeniczna.

Jednocześnie bardzo zaskoczył mnie upał. O godzinie 22:00 temperatura wynosiła 37 stopni, powietrze wciąż stało, nie było nawet najmniejszego podmuchu wiatru. Wszystko było ciężkie i gorące, a człowiek cały czas lepił się od potu.
Pierwsza horchata
Za namową mojej koleżanki z wymiany językowej, Raquel, spróbowałam po raz pierwszy horchaty – tradycyjnego walencjańskiego napoju z chufy, o którym wcześniej mi opowiadała.
Bardzo mi posmakowała i przez cały mój pobyt w regionie Walencji była moim obowiązkowym codziennym napojem. Horchata powstaje z chufy – niewielkich bulw rośliny nazywanej ciborą jadalną (często określanych też jako „migdały ziemne” ). Nie zawiera ani mleka, ani glutenu, więc dla mnie to napój idealny. Niestety, zawiera sporo cukru, ale z drugiej strony jest bogata w witaminę E, minerały, błonnik i zdrowe tłuszcze, ale można też znależć kawiarnie, gdzie serwują ją bez cukru.

Sobota – park Turia i Miasto Sztuki i Nauki
Nazajutrz, w sobotę 25 lipca, zaplanowałam cały dzień w Mieście Sztuki i Nauki – Ciudad de las Artes y las Ciencias.
Zanim jednak udałam się do kompleksu, rano przeszłam przez park Turia i usiadłam w cieniu w parkowej kawiarni z widokiem na Miasto Sztuki i Nauki.
Nowy Jork ma swój zielony Central Park, a Walencja – Park Turia. To tutaj mieszkańcy umawiają się na randki, uprawiają sporty, ćwiczą, biegają, urządzają pikniki, słuchają muzyki i świętują.


Hemisfèric
Hemisfèric to jeden z najbardziej charakterystycznych budynków Miasta Sztuki i Nauki, zaprojektowany przez Santiago Calatravę. Z zewnątrz przypomina ogromne oko unoszące się nad wodą.
W środku znajduje się kino typu IMAX/3D na półkolistym ekranie. Widzowie siedzą w mocno odchylonych fotelach, a obraz otacza ich niemal z każdej strony.
Kupiłam bilet combo obejmujący Hemisfèric i Oceanogràfic. Warto wiedzieć, że do Hemisfèric nie wchodzi się o dowolnej porze. Przy zakupie biletu trzeba zarezerwować konkretną godzinę seansu, ponieważ wyświetlane są różne filmy – przyrodnicze, animacje, edukacyjne czy dokumentalne. Wybrałam seans „Animal Kingdom” o godzinie 12:00.
„Animal Kingdom” był filmem poświęconym różnym gatunkom zwierząt i ich naturalnym środowiskom życia. Obraz i dźwięk robiły naprawdę duże wrażenie. Momentami miałam wrażenie, jakbym leciała razem z ptakami albo znajdowała się tuż obok stada pingwinów.

Oceanogràfic
Po seansie przyszedł czas na kolejną atrakcję – Oceanogràfic, największe oceanarium w Europie. Na to miejsce zarezerwowałam sobie właściwie resztę dnia i wiedziałam, że spędzę tam kilka godzin. Nie pomyliłam się – miejsce jest naprawdę przepiękne. Zwiedzanie podzielone jest na poszczególne strefy, z których każda przedstawia inne środowisko, region świata i zamieszkujące go gatunki zwierząt.
Największe wrażenie robi jednak sposób, w jaki można oglądać podwodny świat. W wielu miejscach schodzi się poniżej poziomu gruntu, do ogromnych akwariów, a następnie przechodzi podwodnymi tunelami. Ryby i inne morskie stworzenia pływają nad nami, obok nas i przed nami – można je oglądać praktycznie z każdej strony. Ma się wręcz wrażenie, że nie oglądamy akwarium, tylko znajdujemy się w jego środku. 🐠🌊

Spędziłam tam kilka godzin i wcale nie miałam ochoty wychodzić. Tym bardziej że na zewnątrz panował potworny upał – około 37°C. Właściwie większość czasu można spędzić w klimatyzowanych, podziemnych lub częściowo zamkniętych przestrzeniach. Na zewnątrz wychodzi się głównie wtedy, kiedy chce się skorzystać z kawiarni, baru czy restauracji.
I tu trzeba się liczyć z tym, że część barów i knajpek znajduje się na świeżym powietrzu, więc jest naprawdę gorąco. Restauracje mają oczywiście klimatyzację, więc można na chwilę odetchnąć.
Oceanogràfic okazało się więc nie tylko fascynującym miejscem do oglądania podwodnego świata, ale również całkiem dobrym schronieniem przed walencjańskim żarem.
Tego dnia wydarzyło się jednak coś jeszcze.
Kiedy rano szłam do Oceanogràfic, zobaczyłam, że po drugiej stronie ulicy wybuchł pożar. Ogień był jeszcze w początkowej fazie i zastanawiałam się, dlaczego nie ma jeszcze straży pożarnej. Około dziesięciu minut później usłyszałam już syreny wozów strażackich.
Ponieważ w Oceanogràfic spędziłam kilka godzin, kiedy wyszłam na zewnątrz, po pożarze nie było już właściwie śladu. Dopiero później zobaczyłam zdjęcia i filmy i uświadomiłam sobie, jak groźnie wyglądała cała sytuacja.

Niedziela – plaża, port i marina
W niedzielę, 26 lipca, postanowiłam zobaczyć bardziej oddalone od centrum miejsca, między innymi słynną walencjańską plażę.
A wszystko za sprawą autobusu Hop On Hop Off, na który kupiłam bilet za 26 euro. Zasada jest prosta – można w dowolnym miejscu wysiąść, zwiedzić okolicę albo po prostu zatrzymać się na chwilę, a później wsiąść ponownie na kolejnym przystanku i jechać dalej. Bilet jest ważny 24 godziny.
Moim celem była przede wszystkim osławiona plaża w Walencji, którą tak wiele osób zawsze zachwalało. No cóż… tym razem zachwytu nie było.

O tej porze roku plaża była po prostu naładowana ludźmi. Człowiek na człowieku, niemal jak w Międzyzdrojach w szczycie sezonu. Wypiłam więc kawę w jednej z knajpek i postanowiłam udać się do portu.
Marina i Veles e Vents
Marina i port również według opisów miały wyglądać znacznie bardziej żywo. Tymczasem okazało się, że wszystko świeci pustkami, a wszystkie obiekty były pozamykane na cztery spusty.
Dziwne doświadczenie jak na tak duże i popularne miasto.
Veles e Vents to charakterystyczny, czteropiętrowy budynek przy marinie, wybudowany z okazji regat America’s Cup w 2007 roku. Chciałam wejść na górny taras widokowy, ale winda nie działała, a część obiektu była zamknięta, więc pozostało mi tylko pokręcić się po jego zewnętrznych tarasach.
W związku z tym postanowiłam wrócić do centrum i ponownie zgubić się na uliczkach starego miasta.

27 lipca – czas ruszyć dalej. Pierwsza podróż pociągiem
W poniedziałek rano przyszedł czas na kolejny etap podróży.
Mój hostel znajdował się zaledwie około 20 minut spacerem od Estació del Nord, czyli Dworca Północnego, więc bez problemu dostałam się tam pieszo. Była to moja pierwsza podróż pociągiem w Hiszpanii. Wsiadłam do pociągu w Walencji i ruszyłam w stronę Castellón.

Patrząc na mapę, widziałam, że trasa prowadzi bardzo blisko obszarów, na których szalały wtedy pożary. To już drugi raz w ciągu zaledwie dwóch dni, kiedy znalazłam się tak blisko ognia.
Kiedy pociąg zatrzymał się na jednej ze stacji i otworzyły się drzwi, od razu poczułam w powietrzu intensywny zapach dymu. Za oknem niebo wyglądało niemal jak podczas kalimy na Wyspach Kanaryjskich. Tyle że tym razem nie był to pył znad Sahary, lecz dym unoszący się znad terenów objętych pożarami.
Na szczęście byłam bezpieczna. Jechałam do Castellón, gdzie miałam spotkać się z Raquel. Później miałam pojechać jeszcze dalej na wschód, do Oropesa del Mar, na wybrzeżu Costa del Azahar, gdzie mieszka Raquel
I właśnie tam rozpoczął się kolejny etap mojej podróży, który trwał tydzień. Stamtąd zrobiłam sobie dwa krótkie wypady – do Benicàssim i Castellón de la Plana.
Tyle że… upały mnie pokonały. 🥵 Miałam plany na znacznie więcej, ale temperatury skutecznie odebrały mi ochotę na zwiedzanie. W pewnym momencie uznałam, że muszę się ewakuować…

Walencja latem – czy polecam?
Po dwóch dniach spędzonych w Walencji i tygodniu na wybrzeżu obok Castellon, mogłam już odpowiedzieć na pytanie z tytułu.
Czy polecam Walencję i ten region Hiszpanii latem?
Nie.
Samo miasto bardzo mi się podobało. Stare miasto, architektura, Miasto Sztuki i Nauki, park Turia i wieczorna atmosfera – zdecydowanie warto to wszystko zobaczyć, ale lipiec i sierpień nie są dla mnie dobrym momentem na dłuższy pobyt w Walencji.
Największym problemem były oczywiście temperatury. Ponad 35°C jeszcze o 22:00 sprawiały, że zwiedzanie było po prostu męczące. Do tego dochodziły tłumy na plaży i wysokie ceny noclegów w sezonie.
Dlatego Walencję polecam, ale nie o tej porze roku.
Moja podróż miała początkowo wyglądać zupełnie inaczej. Planowałam zostać w tej części Hiszpanii aż do 12 sierpnia, zobaczyć całkowite zaćmienie Słońca i trochę pokręcić się po wybrzeżu Morza Śródziemnego.
Nieoczekiwanie dla mnie cała moja wyprawa zakończyła się w zupełnie innej części Hiszpanii.
Ale o tym będzie już w następnym wpisie.
Jeśli jesteście ciekawi, gdzie ostatecznie dotarłam i dlaczego moja podróż potoczyła się zupełnie inaczej, niż początkowo zakładałam – czytajcie kolejne wpisy. Będzie z przygodami, dosyć zaskakująco.

Przydatne linki
📖 E-book: Jak tanio podróżować
🇬🇧 Język angielski: indywidualne lekcje online
🌍 Workaway: dołącz jako wolontariusz – 3 miesiące gratis z tym linkiem
📱 Znajdziesz mnie również tutaj:
Facebook |
Instagram
🎤 Wywiad ze mną: Czy podróżowanie jest tylko dla bogatych?
☕ Jeśli spodobał Ci się ten wpis, będę wdzięczna za wirtualną kawę: