Skąd biorę pomysły na podróże? 8 inspiracji śladami filmów i książek
Skąd biorę pomysły na to, gdzie wyjechać? Bardzo często inspiracją jest dla mnie film lub książka. To właśnie one potrafią obudzić w nas marzenia o dalekich miejscach, nieznanych kulturach i podróżach, które kiedyś wydawały się nieosiągalne.
Wpadłam więc na pomysł, aby zebrać 8 inspiracji podróżniczych śladami filmów i książek, które stały się (lub mogą się stać) wskazówką przy wyborze kierunku na wakacje, urlop albo spontaniczną włóczęgę.
Bo przecież każdy z nas zna ten moment — oglądasz film i myślisz:
„A może by tak kiedyś…”
W moim przypadku te marzenia w wielu sytuacjach udało się zrealizować. Wszystkie opisane poniżej miejsca zobaczyłam na własne oczy — albo przynajmniej byłam bardzo blisko, chłonąc klimat znany z ekranu czy książki.
Zatem zaczynajmy…
1. „Niebieskie lato” – serial, Hiszpania (Nerja, Andaluzja)
Na początek klasyka, która dla wielu była pierwszym „oknem na świat”.
„Niebieskie lato” to hiszpański serial młodzieżowy z 1981 roku, wyreżyserowany przez Antonio Mercero. Składa się z 19 odcinków i w samej Hiszpanii przyciągnął przed ekrany ponad 20 milionów widzów. W Polsce emitowany był w połowie lat 80. i szybko zdobył ogromną popularność.
To były czasy, kiedy szczytem marzeń był wyjazd do Bułgarii — i to tylko dla nielicznych. Tym bardziej działały na wyobraźnię kadry pełne słońca, andaluzyjskie krajobrazy, lazurowe morze i beztroskie wakacje bohaterów.
Pamiętam, jak oglądałam ten serial z ogromnym rozrzewnieniem i zwyczajnie zazdrościłam tym dzieciakom — ich wolności, przygód i miejsca, w którym spędzali lato.
Serial kręcono w okolicach Nerji, malowniczej miejscowości na południu Hiszpanii, która dziś jest popularnym kierunkiem turystycznym na Costa del Sol.
Do Hiszpanii po raz pierwszy wyjechałam dopiero jako dorosła osoba — w 2014 roku. Zorganizowałam wtedy tygodniową podróż objazdową po Hiszpanii i Portugalii w okresie wielkanocnym. To był początek czegoś większego.
Od tamtej pory wracałam do Hiszpanii wielokrotnie — zarówno turystycznie, jak i na dłużej:
- Andaluzja
- Katalonia
- Ibiza
- Majorka
- Gran Canaria
A dziś… mieszkam na Teneryfie. Co ciekawe — do Nerji dzielą mnie zaledwie około 3 godziny lotu.
I tak oto miejsce, które kiedyś było tylko marzeniem z telewizora, stało się realnie „na wyciągnięcie ręki”.
Co więcej — odkryłam też, gdzie można ten serial oglądać za darmo… i wciąż wzruszać się przy każdym odcinku.
VERANO AZUL -ogladaj TUTAJ
2. „Nieśmiertelny” (Highlander) – film, Szkocja
Pod koniec lat 90., jeszcze jako studentka, trafiła mi się świetna okazja wyjazdu do Anglii w ramach wymiany studenckiej. Podczas pobytu w Bedford zrobiliśmy spontaniczny, kilkudniowy wypad do Szkocji — i to był moment, w którym totalnie przepadłam.
Zakochałam się w tej surowej, dzikiej przyrodzie, w zamczyskach rozsianych po całym kraju i w tej specyficznej atmosferze, której nie da się pomylić z żadnym innym miejscem. Film „Nieśmiertelny” znałam już wcześniej, ale dopiero po tej podróży nabrał dla mnie zupełnie innego znaczenia.
Po powrocie do Polski dostałam wręcz małego fioła na punkcie Szkocji — oglądałam film kilka razy, słuchałam szkockiej muzyki i wciąż wracałam myślami do tych krajobrazów. Do dziś gdzieś na dnie pudeł leżą moje stare, analogowe zdjęcia z tamtego wyjazdu. Może kiedyś do nich wrócę.
Potwora z Loch Ness co prawda nie spotkałam, ale widoki wynagrodziły wszystko — ruiny zamków, bezkresne przestrzenie i dzikie wyspy, które wyglądały jak z filmu. To była jedna z tych podróży, które zostają w człowieku na długo.
3. „In Bruges” (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj) – film
+ „Marzycielka z Ostendy” – książka, Belgia
Czasem wystarczy jeden film, żeby uruchomić całą lawinę decyzji. W moim przypadku był to „In Bruges” z Colinem Farrellem i Ralphem Fiennesem. Do tego doszła jeszcze „Marzycielka z Ostendy” Erica-Emmanuela Schmitta i nagle pomysł wyjazdu do Belgii stał się aż nadto oczywisty.
Tanie loty z Krakowa do Charleroi tylko przyspieszyły decyzję. Na miejscu okazało się jednak, że dotarcie do Brugii wcale nie jest takie proste — zwłaszcza przy późnym przylocie i ograniczonym transporcie. Skończyło się noclegiem w okolicy lotniska, co wtedy wydawało się lekką komplikacją, ale dziś wspominam to raczej jako element całej przygody.
I zdecydowanie było warto.
Brugia okazała się jednym z najpiękniejszych miast, jakie widziałam w Europie. Ma w sobie coś absolutnie wyjątkowego — trochę jakby czas się tam zatrzymał. Spacerując po jej uliczkach, oglądając kanały wodne i gubiąc się w tajemniczych zaułkach naprawdę można poczuć klimat znany z filmu.
Z Ostendą było już zupełnie inaczej. Trafiłam na moment, kiedy miasto było rozkopane, szare i zupełnie pozbawione tego uroku, którego spodziewałam się po lekturze. Pamiętam, że miałam wtedy wrażenie, jakby książka i rzeczywistość opisywały dwa zupełnie różne miejsca. Ale kto wie — minęło sporo lat i może dziś Ostenda wygląda już zupełnie inaczej. Być może warto dać jej drugą szansę?
Opis wyjazdu i więcej zdjęć TU.

4. „Teraz albo nigdy!” – serial, Madera (Portugalia)
Był taki moment w polskiej telewizji, kiedy TVN wypuścił serial „Teraz albo nigdy!”. Niby zwykła obyczajówka, ale pierwszy odcinek działał jak pocztówka z raju — bo jego akcja rozgrywała się na Maderze.
Nie jestem dziś w stanie powiedzieć, czy to właśnie ten serial zasiał we mnie pomysł wyjazdu na tę wyspę, czy już wcześniej gdzieś mi świtała w głowie. Wiem jedno — kiedy szukałam kierunku na zimowy wyjazd, Madera wydała się idealna.
Styczeń 2011 roku, Europa pogrążona w szarości, zimnie i deszczu… a gdzieś tam na Atlantyku wyspa, na której jest zielono, jasno i przyjemnie ciepło.
Tanie loty w tym czasie jeszcze nie istnieją, ale są biura podróży, które oferują loty czarterowe. Tak oto znalazłam się po raz pierwszy na Maderze.
Klimat Madery jest zresztą bardzo podobny do Wysp Kanaryjskich — łagodny, stabilny przez cały rok, bez wyraźnego podziału na pory roku. To jedno z tych miejsc, gdzie zimą można naprawdę odetchnąć od naszej szerokości geograficznej.
Oczywiście, jak to na wyspie bywa, można trafić na kapryśną pogodę i deszcz (zwłaszcza w bardziej górzystych rejonach), ale nawet wtedy Madera ma w sobie coś magnetycznego.
To jedna z piękniejszych wysp, na jakich byłam — zielona, różnorodna i momentami wręcz spektakularna. Idealna na ucieczkę od zimy, kiedy u nas wieje, leje i człowiek marzy tylko o słońcu.
A potem przychodzi czerwiec 2025 roku, kiedy mieszkam na Teneryfie i lece na Maderę po raz drugi, taniej i szybciej.
Madera w 4 dni – trekkingi, wodospady, Ronaldo i kawałek Brazylii pod autostradą
5. Film dokumentalny – Nowa Zelandia
Nowa Zelandia chodziła mi po głowie… dobre dwie dekady.
Skąd się wzięło to marzenie? Do dziś nie mam jednej konkretnej odpowiedzi. Może z fascynacji kulturami Południowego Pacyfiku. Może z jakiegoś irracjonalnego poczucia, że to miejsce „woła” mnie od dawna. A może po prostu wszystko zaczęło się od jednego reportażu, który zobaczyłam jeszcze w latach 90.
Pamiętam z niego zaskakująco dużo — jak na coś, co oglądałam tak dawno. Góry nazwane Alpami, ludzie jeżdżący na nartach… z widokiem na ocean. Już wtedy pomyślałam: to nie może być kiepskie miejsce do życia. I chyba właśnie wtedy pojawiło się to ciche „kiedyś”.
Przez lata odkładałam ten pomysł gdzieś na półkę z marzeniami, aż w końcu nadarzyła się okazja. Nowa Zelandia stała się częścią większej, miesięcznej podróży po Azji i Pacyfiku — zahaczyliśmy wtedy również o Australię.
Sam pobyt w NZ był krótki, ale intensywny. I chyba dokładnie taki, jaki powinien być na pierwszy raz — zostawiający niedosyt i ogromną chęć powrotu.
Bo są miejsca, które się po prostu „odhacza”… i są takie, do których od razu chce się wrócić. Nowa Zelandia zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
Całą wyprawe możesz prześledzić TUTAJ

6. „Jedz, módl się i kochaj” („Eat, Pray, Love”) – Elizabeth Gilbert – książka i film
Bali (Indonezja)
Są takie książki i filmy, które nie tylko się czyta albo ogląda, ale wraca do nich po latach — i za każdym razem odkrywa się w nich coś zupełnie innego. Dla mnie właśnie taka jest historia „Jedz, Módl się i Kochaj” oraz jej ekranizacja Eat Pray Love autorstwa Elizabeth Gilbert.
Książka składa się z trzech części, a każda z nich prowadzi do innego miejsca na świecie — Włoch, Indii i Indonezji. Czytałam ją dwukrotnie, w odstępie mniej więcej dziesięciu lat, i za każdym razem zupełnie inaczej ją odbierałam. Inne fragmenty mnie poruszały, inne rzeczy zaczynałam rozumieć, a jeszcze inne po prostu brzmiały dojrzalej niż za pierwszym razem.
Pierwsza część, włoska, zawsze wydawała mi się najbardziej „smakowa” — pełna jedzenia, życia i rzymskiego klimatu. Sama we Włoszech bywałam wielokrotnie, choć paradoksalnie jeszcze nigdy nie udało mi się zwiedzić Rzymu. I kto wie — może właśnie kiedyś wrócę do tej książki po raz trzeci, już siedząc w cieniu Koloseum.
Najbardziej jednak zawsze przyciągała mnie część ostatnia, rozgrywająca się na Bali. Ta egzotyczna, pełna zieleni i duchowości wyspa od dawna była gdzieś na liście „kiedyś”. I w końcu udało mi się tam trafić — podczas większej podróży, która obejmowała również Nową Zelandię.
Indonezja okazała się dokładnie taka, jak można sobie wymarzyć: intensywna, różnorodna i pełna kontrastów. Przyroda, ocean, kuchnia, ludzie — wszystko tam działa na zmysły dużo mocniej niż można się spodziewać. To miejsce, które nie tylko się odwiedza, ale też przeżywa.
Co ciekawe, w książce bohaterka przeżywa intensywny romans z przystojnym Brazylijczykiem. U mnie takich historii nie było 😉 — ale za to Bali i cała Indonezja podarowały mi zupełnie inne, równie wyjątkowe doświadczenia, które zostały ze mną na długo.
Więcej na temat pobytu w Indonezji poczytasz TU.
7. „The Beach” („Niebiańska plaża”) – film, Tajlandia
Są filmy, które nie tylko pokazują miejsce, ale wręcz je tworzą w naszej wyobraźni. Dla mnie takim tytułem jest The Beach, znany w Polsce jako „Niebiańska plaża” z Leonardo DiCaprio w roli głównej.
Tajlandia pokazana w tym filmie ma w sobie coś absolutnie hipnotyzującego — rajskie plaże, turkusową wodę i poczucie odcięcia od świata. Oczywiście sama historia to coś więcej niż tylko pocztówka z egzotycznych wakacji, ale to właśnie wizualna strona filmu najmocniej zapada w pamięć.
Co ciekawe, film kręcono na prawdziwej wyspie Koh Phi Phi, która do dziś przyciąga podróżników z całego świata.
Mój pierwszy wyjazd do Tajlandii pozwolił mi zahaczyć o kilka różnych wysp. Nie wszystkie były aż tak „filmowo idealne”, ale jedna z nich — Koh Tao — była naprawdę bliska wyobrażeniu rajskiej wyspy: spokojna, zielona i pełna tego charakterystycznego, luźnego klimatu Azji Południowo-Wschodniej.
To właśnie w Tajlandii można zrozumieć, dlaczego „The Beach” zrobił taką karierę — bo nawet jeśli rzeczywistość bywa bardziej chaotyczna niż filmowy obraz, to wciąż potrafi zachwycić.
Cała relacja z wyjazdu wraz z nieprzyjemnymi ‘niespodziankami’ TU.
8. „Mag” – John Fowles, książka, Grecja
Są takie książki, które czyta się inaczej w różnych momentach życia — i właśnie do tej kategorii należy „Mag” Johna Fowlesa.
W latach 90. pochłonęłam ją w zaledwie trzy dni, mimo że to dość solidna „cegła”. Byłam wtedy absolutnie oczarowana tą historią, atmosferą i sposobem prowadzenia narracji. Pamiętam, że trudno było mi się od niej oderwać — wszystko w tej książce wydawało się intensywne i niezwykle wciągające.
Po wielu latach wróciłam do „Maga” ponownie, ale tym razem doświadczenie było zupełnie inne. Już nie wciągnęła mnie tak jak kiedyś i ostatecznie… nie dokończyłam jej. I chyba właśnie to najlepiej pokazuje, jak bardzo zmienia się nasza wrażliwość i sposób odbierania świata.
Jednym z kluczowych miejsc w książce jest The Magus — Grecja, przedstawiona przez Fowlesa w sposób niezwykle sugestywny i niemal hipnotyzujący. To Grecja nie tylko jako kraj, ale jako stan umysłu: pełna światła, napięcia i tajemnicy.
Do Grecji pojechałam po raz pierwszy kilka lat później. Niestety nie był to wyjazd, który wspominam szczególnie dobrze — pracowałam wtedy jako opiekun grupy młodzieżowej na obozie i rzeczywistość szybko zweryfikowała wakacyjny obraz kraju.
Zamiast spokojnego odpoczynku były więc sytuacje kryzysowe, telefony, hotelowe roszady, interwencje i sporo stresu. Wszystko przez kilku osiemnastolatków, którzy skutecznie postanowili „urozmaicić” wyjazd.
To był intensywny czas — zdecydowanie nie w duchu greckiej sielanki.
Na szczęście kolejne wizyty w Grecji wyglądały już zupełnie inaczej. A szczególnie ten wyjazd na Korfu w 2014 roku, który okazał się dla mnie bardzo ważny. To właśnie tam podjęłam jedną z kluczowych decyzji dotyczących mojego wyjazdu z Polski — decyzji, która w pewnym sensie zmieniła dalszy bieg mojego życia.
I może właśnie dlatego Grecja, mimo wszystkich swoich odcieni — tych trudnych i tych pięknych — ma w mojej historii wyjątkowe miejsce.
Relacja z tych dwutygodniowych greckich wakacji tutaj.
A poniżej wpis na blogu związany z podjęciem tej ważnej życiowej decyzji: 23 lipca – Dzień Włóczykija.
23 lipca – Dzień Włóczykija :), czyli o tym co się wydarzyło 5 lat temu…
9 inspiracją mogłaby być wyspa El Hierro, którą po raz pierwszy odwiedziłam bez konkretnego planu w 2022 roku. Po obejrzeniu serialu „Tajemnice El Hierro” Wielkanoc 2026 zmobilizowała mnie, by wrócić tam ponownie — już śladem bohaterów hiszpańskiej produkcji. O wyspie El Hierro jest oddzielny wpis.
3 dni zachwytu, czyli Wielkanoc na wyspie El Hierro
Serial można obejrzeć na CDA Premium.
Podsumowanie – podróże, które zaczynają się w głowie
Kiedy patrzę na te wszystkie miejsca, widzę jedną wspólną rzecz — każda z tych podróży zaczęła się dużo wcześniej, zanim kupiłam bilet, spakowałam walizkę czy stanęłam na lotnisku. Zaczęła się w emocji.
W scenie z filmu, w opisie książki, w jednym obrazie, który gdzieś we mnie został i nie dawał spokoju.
Czasem były to wielkie produkcje filmowe, czasem seriale, a czasem zwykłe reportaże, które w przypadkowy sposób otwierały drzwi do zupełnie nowych miejsc na mapie świata. I choć nie zawsze rzeczywistość dokładnie pokrywała się z wyobrażeniem, to właśnie ta mieszanka marzeń i doświadczeń jest dla mnie w podróżach najcenniejsza.
Bo podróże inspirowane filmami i książkami mają w sobie coś wyjątkowego — pozwalają przeżyć historię dwa razy. Najpierw na ekranie lub na kartkach, a później już naprawdę, własnymi krokami. I to jest najlepszy moment w tym całym procesie.
A Ty?
Czy masz takie miejsca, które zaczęły się od filmu, książki albo jednej sceny, która została w głowie na lata?
Sprawdź, bo warto 🙂
- E-book: Jak tanio podróżować
- Praca zdalna: pomysły na pracę online
- Mini lekcje angielskiego na blogu: English is easy
- Język angielski: indywidualne lekcje online
- Znajdziesz mnie też tutaj: Facebook, Instagram
- Workaway: 3 miesiące gratis z tym linkiem
Świetny pomysł!
To naprawdę fajne uczucie jechać w miejsce, gdzie rozgrywała się akcja książki bądź był kręcony film/serial 😉
Tak, to prawda.
Czasem można się trochę rozczarować, ale i tak bywa nieziemsko, zwłaszcza jeśli pojedzie się prawie na drugi koniec świata:) Dziękuję, Niko, za komentarz. Masz podobne doświadczenia z miejsc zainspirowanych filmem lub książką?